Rzuć szpilki i zacznij biegać, czyli korpomama biega

Rzuć szpilki i zacznij biegać, czyli korpomama biega
Biegam. W zasadzie codziennie i nieustannie. Od lat. Najczęściej w szpilkach po biurze lub z mopem po mieszkaniu. Co jakiś czas także w slalomach w supermarkecie, albo w centrum handlowym. Do niedawna biegałam też za swoim kilkulatkiem, ale odkąd zaczął biegać szybciej niż ja, poddałam się. Teraz ścigam się „tylko” z czasem. Niestety medali za to nie dają, zresztą i tak zwykle przegrywam.

Kiedy w drodze do pracy widzę tych biegających „inaczej”, zgodnie ze sztuką i wszechobecną od kilku lat modą, podziwiam i zazdroszczę. Samozaparcia, wytrwałości, wyglądu, kondycji i … czasu. Szczególnie rano, kiedy przecież po takim bieganiu jeszcze prysznic, makijaż, włosy, o ogarnięciu wszystkiego wokół łącznie z przedszkolakiem nie wspominam… Gdybym miała w tą swoją poranną gonitwę wpisać jeszcze bieganie, musiałabym chyba wstawać jeszcze przed pójściem spać. Popołudniu nie lepiej, bo zakupy, sprzątanie, kolacja… A wieczorem ciemno, zimno, niebezpiecznie… Wymówka znajdzie się zawsze.

I nie znaczy to, że nigdy nie próbowałam. Wręcz przeciwnie. W próbowaniu osiągnęłam poziom mistrzowski, prawie tak wysoki jak w planowaniu, że spróbuję. Przynajmniej raz w miesiącu od poniedziałku zaczynam biegać/ćwiczyć (zależnie od pory roku), a najchętniej jedno i drugie, przecież jak zmieniać swoje życie to konkretnie. Dlatego zwykle dołączam jeszcze dietę, rzucam słodycze, czasami w pakiecie z glutenem, zaczynam pić zdrowe soki i dwa litry wody dziennie, a nawet uzupełniam zapasy różnych suplementów i zdrowych produktów wyrzuconych z powodu terminu ważności po ostatnim zrywie. I jestem w tej zmianie nawyków i zdrowym (sportowym!) trybie życia niebywale wytrwała, konsekwentna i systematyczna. Wytrwałości starcza mi zwykle na 3 dni w porywach do tygodnia. Konsekwentnie obżeram się czekoladą zaraz po tym, jak stwierdzam, że jednak to nie dla mnie. Systematycznie zaczynam wszystko od początku, co kilka tygodni.

Ale bieganie (to „prawdziwe”, w fajnych ciuchach i z kucykiem merdającym rytmicznie, o tych wszystkich biegach ulicznych, medalach i całej otoczce nie wspominając) mimo wszystko mnie kusi bardzo i co jakiś czas pojawia się myśl, że może jednak bez tych diet i całej reszty, że przecież Ci wszyscy, którzy teraz tak lekko i bez wysiłku też kiedyś zaczynali, też wylewali siódme poty i nie mieli takiej super kondycji.

Co ciekawe jestem ponoć mistrzem motywowania do biegania, niestety przede wszystkim innych. Historia sprzed kilku lat, kiedy podczas jakiejś imprezy tak nakręciłam znajomych na wspólny start w jakimś biegu ulicznym, który miał się odbyć za kilka tygodni, ma już niemal status anegdoty. W ramach przygotowań biegaliśmy wszyscy, niemal codziennie, smsami informowaliśmy się nawzajem kto, kiedy, ile i jak poszło. Mobilizacja była pełna. Niestety po paru dniach już nawet nie pamiętam dlaczego, mój zapał zgasł, może jakiś wyjazd, choroba, pogoda… Najważniejsze, że wypadłam z rytmu i już do niego nie wróciłam. Nie chciałam psuć zabawy pozostałym, więc się nie przyznawałam, aż do dnia startu. Z 10 osobowej grupy, która podjęła wyzwanie pobiegło wtedy chyba 6 osób. Niektórzy biegają do dziś, mają już na koncie maratony, nie tylko w Polsce…

Do pakietu „moich” motywacyjnych medali powinnam zaliczyć też te, zdobyte przez męża. Przy jednym z kolejnych podejść do biegania stwierdziłam, że razem będzie fajniej, bezpieczniej, no i będziemy się wzajemnie motywować. Same plusy. Zgodził się szybko, nie przewidując, że u mnie od pomysłu do realizacji zwykle wiele czasu nie mija. Godzinę później stanęłam w drzwiach w nowych kupionych chwilę wcześniej butach (całe szczęście, że jakiś głos rozsądku kazał mi uznać, że całkiem świeża kolekcja ciuchów do jogi w szafie wystarczy na początek przygody z bieganiem) i oznajmiłam, że zaczynamy. Niestety skończyło się awanturą jeszcze przed wyjściem z osiedla, ja chciałam po prostu biegać, on planował zacząć od rozgrzewki. I to byłoby na tyle wspólnego biegania. Ale chyba nigdy wcześniej nie pokonałam tak długiego odcinka, negatywne emocje pomagają… Efekt był taki, że ja przez kolejne kilka dni odcinek między łóżkiem, a łazienką pokonywałam niemal na czworaka, a on biegał kilka miesięcy, zdobywając nawet te wspomniane medale.

Później był jeszcze epizod z bieganiem w towarzystwie syna jadącego rowerem – skończyło się zdartym nosem (rowerzysty) po ok. 200 metrach . I tego dnia moje buty trafiły na najwyższą półkę, a ja ostatecznie uznałam, że bieganie nie jest dla kobiet, które mają dzieci, pracują w korporacjach i mają na głowie cały świat, a nawet więcej. I nawet kusić trochę przestało.

I nagle jakiś miesiąc temu stało się „coś”. Zła, zmęczona, bo w pracy młyn, bo korki, bo późno, bo podłoga się lepi, bo zabawki na stole, bo zakupy niezrobione, rzuciłam szpilki w przedpokoju (skoro pięć innych par butów nikomu tam nie przeszkadza, jedne więcej chyba nie zrobią różnicy), wyciągnęłam z tej najwyższej półki swoje piękne zakurzone adidasy, zmieniłam sukienkę na stare dresy i sięgającą do kolan bluzę męża i … poszłam biegać. Mąż i syn chyba nawet ze zdziwienia nie zdążyli zrobić swoich standardowych ironicznych min, którymi reagowali zwykle na moje „zaczynam biegać”. Tak po prostu, bez planowania, spinania się, szykowania. Nie wiem, ile przebiegłam, nie miało to znaczenia. Sporą część tego odcinka przeszłam, w zasadzie był to marszobieg z kawałkami biegu, ale tym razem nie było „muszę”, nie było „za wszelką cenę”. Nic nikomu nie chciałam pokazywać, udowadniać, nawet sobie. Po prostu biegłam, ciesząc się chwilą samotności, wyrzucając negatywne emocje, oddychając chłodnym powietrzem. Wróciłam zmęczona, ale pozytywnie naładowana (czyżby te słynne endorfiny?).

Od tamtej pory minęło kilka tygodni. Tych moich spontanicznych biegów też było kilka, może więcej. Bez planu i postanowień, że trzy, czy pięć razy w tygodniu, że dieta, że ćwiczenia. Nie. Tym razem biegam, kiedy mam ochotę, czas jakimś cudem znajduje się sam. Czasami raz w tygodniu, czasami cztery. Czasami biegam sama , czasami z koleżanką. Kiedy biegamy razem zwykle pokonujemy kilka kilometrów, w większości marszobiegiem z kawałkami biegu, gadamy, cieszymy się chwilą dla siebie. Sama wybieram krótsze trasy, ale staram się więcej biec. Zdarza się, że po drodze jeszcze zahaczam o siłownię pod chmurką. Ale nic na siłę, nic na pokaz, tak zwyczajnie, tak dla siebie. I chociaż czasami natura daje o sobie znać i gdzieś tam kołaczą pomysły, że może by tak rozplanować, ile razy w tygodniu, jakie odcinki, a może tak w ogóle pójść na całość i jednak wstawać w środku nocy i biegać codziennie rano, a może dieta… Odpycham te myśli i pomysły. To już było i wiem, że przy moim trybie życia i charakterze nie zadziała. A najgorsze to mieć plan i go nie wykonać. Wtedy buty znowu przez kilka miesięcy będą skazane na kurz w garderobie zamiast tego „na trasie”. Więc na razie cieszę się tym, co jest i bez planu czekam na rozwój sytuacji… Może to tylko kolejny zryw, a może mój początek biegowej przygody? A może to ta właściwa forma biegowej aktywności dla tych zapracowanych matek, przyzwyczajonych jedynie do wyścigu z czasem? Nie wiem. Na razie dobrze mi z tym tak, jak jest. Nie planuję, nie kombinuję za bardzo. Jeśli wytrwam kolejny miesiąc może kupię „prawdziwe” ciuchy do biegania. Dzisiaj zainstalowałam Endomondo. Od dwóch tygodni piję 2 litry wody. Na razie więcej zmian nie planuję. Nawet czekolady nie rzucam.
 
Powyższym tekstem zaczynamy cykl "Moje bieganie". Napisz o swoich początkach, dlaczego biegasz, co daje Ci bieganie, co Cię motywuje.
Podziel się z nami swoją "Biegową Przygodą". Dla każdej osoby której artykuł zostanie opublikowany gadżety Biegniesz.pl
email: biegniesz@biegniesz.pl

 


Kalendarz biegów

Pokaz wszyskie biegi
Dołącz do nas na Facebooku


Susz Triathlon 2018
DO STARTU POZOSTAŁO

dni

godz

min

sek
Susz Triathlon