O jeden bieg za daleko?

O jeden bieg za daleko?
W tym szczególnym dniu zachęcamy do zapalenia wirtualnej świeczki biegaczom, którzy już na zawsze pozostali na trasie swojego ostatniego biegu… A także chwili autorefleksji nad własnymi startami i tym, co w nich najważniejsze, a o czym często zapominamy.


Orlen Warsaw Maraton, PZU Maraton Warszawski, PKO Poznań Maraton – wszystkie tegoroczne, na trasie każdego zmarł uczestnik. To nie jedyne biegi podczas których niektórzy biegacze pozostają na trasie na zawsze. Takie historie dzieją się od dawna podczas wielu zarówno polskich jak i zagranicznych biegów. Niektórzy zarzucają mediom „rozdmuchiwanie” tego typu historii, niepotrzebne „straszenie”, przywołują statystki, wypowiedzi lekarzy i innych ekspertów, którzy tłumaczą, że powodem śmierci na trasie najczęściej są różne ukryte choroby, o których sam biegacz najprawdopodobniej nie wiedział i że „to mogło zdarzyć się wszędzie, a tylko przypadek sprawił, że akurat podczas biegu”. Inni złośliwie i okrutnie komentują, że maraton to już niemal pewne, że znowu ktoś umrze i że wynika to tylko z głupoty startujących.

Nie czuję się kompetentna rozstrzygać, kto ma rację i nie to jest dziś moją intencją. Na ten temat napisano już wiele i myślę, że prawda jak zwykle leży, gdzieś po środku. To, o co chciałabym Was w tym wyjątkowym dniu poprosić, to chwila autorefleksji, zastanowienia, czy na pewno mój organizm jest gotowy na tak duży wysiłek, czy na pewno zadbałem jako biegacz o swoje zdrowie i właściwe przygotowanie nie tylko stroju (który oczywiście jest bardzo ważny), ale także kondycji i mięśni… Czy zrobiłem badania najlepiej te zalecone przez lekarza medycyny sportowej… Czy wiem, jak należy nawadniać organizm przed i w trakcie biegu… A jeśli na wszystkie pytania odpowiecie twierdząco, zastanówcie się, czy nie robicie krzywdy komuś innemu namawiając go do startu pod hasłem „dasz radę”.

Śledząc różne biegowe fora, obserwując biegi, słuchając rozmów przed startem i relacji po, a także rozmawiając ze znajomymi doświadczonymi biegaczami, którzy mają za sobą liczne maratony, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wielokrotnie mają miejsce przedwczesne starty, w myśl zasady „jakoś to będzie”, „najwyżej zejdę w trakcie”, „biegam już dwa miesiące, dam radę”… Popularność biegania, liczne biegi i ogólnie mówiąc „moda na bieganie” sprawiają, że normą stały się pytania na forach, czy trzy tygodnie wystarczą na przygotowanie i historie ukończonych z sukcesem maratonów, które były pierwszym życiowym startem w biegu… Każdy chce pobiec, każdy chce mieć medal, pochwalić się zdjęciem z mety. Ambicje i moda niestety często wygrywają z rozsądkiem i realnym mierzeniem sił na zamiary.

Normą stał się też widok na trasie osób, które już w połowie biegu ledwo słaniają się na nogach, ambitnych biegaczy w maskach redukujących dopływ tlenu, omdleń i zasłabnięć, czy osób biegnących dalej, pomimo krwi kapiącej z nosa. O tym się wiele nie mówi. Medialne są tylko przypadki śmiertelne. Nie dopuśćmy do tego, by i one stały się normą. Wiele z nich to na pewno wypadek, nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który dotknął doświadczonych i dobrze przygotowanych biegaczy. Ale jeśli takie historie zdarzyły się tym przygotowanym, tym bardziej każdy z nas podpisując oświadczenie o stanie zdrowia wymagane przez organizatorów powinien pomyśleć o nim nie tylko jako o „zabezpieczeniu” (choć inne nieco brzydsze słowo ciśnie się na usta) dla Organizatora, ale jako o swoim świadomym, popartym badaniami Oświadczeniu i potwierdzeniu przede wszystkim dla samego siebie.

Zachęcam szczególnie dzisiaj do chwili refleksji, znalezienia złotego środka między ambicjami a rozsądkiem. A także zapalenia wirtualnej świeczki tym, którzy pozostali na trasie swojego ostatniego biegu, a ich meta znalazła się już w innym wymiarze…